megumi blog

Twój nowy blog

Tak. Jest 6 rano. Jest szósta rano a ja jeszcze nie zdążyłam iść spać.
Niestety przedsesyjne (kucie), śródsesyjne (więcej kucia), posesyjne (spożywanie etanolu) siedzenie po nocach nie sprzyja regulacji rytmów dobowych. Tak samo jak oglądanie seriali, laptop i wifi któe wprost wspaniale odbiera na łóżku… (z tego miejsca chciałabym pozdrowić życzliwych sąsiadów, z których niezabezpieczonych sieci ssę jakiś 1 gb dziennie, dziękuję, bardzo dziękuję).

Nie pisałam. Nie miałam czasu siły ochoty czy whatever. Z przewagą whatever.
Zabawne, kiedy byłam mała i tylko chodziłam do szkoły, siedziałam w internecie i czytałam książki, prowadziłam zawzięcie bloga. A teraz, kiedy każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje, dziwne rzeczy zachodzą i jestem już duża… nie. Wolę zatrzymać moje przemyślenia dla siebie i zapomnieć o nich jak normalny człowiek z postępującą sklerozą.

Besides, po pierwsze mam wiecznego doła, nawet jak nie mam doła to mam doła i jest to stan stały i nieustepujący. Mam doła. Koniec, to aksjomat i już. Jeśli rozmawiasz ze mną i wydaje ci się że jestem jolly happy i alles gutes, nie masz racji. Mam doła. Mam.
Po drugie, hmmm, drugie jest trudne. Mam trapiące mnie ostatnimi czasy, bardzo bolesne poczucie utraty takiego… sense of self. Pisanie bloga wymaga oczywiście bardzo daleko idącego, ugruntuwanego poczucia siebie. W ogóle życie wymaga ugruntowanego poczucia siebie, i to może być odpowiedź na pytanie, dlaczego tak, cholera, marnie mi to wychodzi.

W każdym razie, tak w skrócie, zdałam maturę, a jakże, dostałam się na studia i spędziłąm 6 nerwowych miesięcy na myśleniu o tym co w zasadzie powinnam studiować. Bo niestety dostałam się na wymarzone studia, sztuk 2 i, no, to było bardzo trudne. W każdym razie, ttaddaaaa, chwilowo, w tym momencie, studiuję psychologię. Na UW, jak najbardziej. Tzn. głównie psychologię. Kiedy coś się zmieni, dam znać.
O matko, kto by pomyślał… psychologia, co nie? To bardzo fajne i w ogóle przyjemne, ale jakoś zawsze głupio mi przyznać się do tego w towarzystwie. W przyszłym roku zacznę drugi kierunek, tylko jeszcze nie wiem jaki, ale to na pewno będzie coś fantastycznego!

No, i trochę się wyprowadziłam z domu i aktualnie mieszkam najczęściej w akademiku. I to nie byle jakim: nosi on dumne miano najbardziej zakaraluchowanego, od najdłuższego czasu nieremontowanego, najbardziej zasyfionego, starego, melinowatego i do tego na Pradze. O tak.
A chwilowo idę spać

Jest ciężko. Zawsze miałam moje małe
oswojone depresyjki, ale ostatnio stało się z nimi coś niedobrego.
Jestem pusta w środku, wypełniona słabym roztworem depresyjek w
obojętności. Dryfuję sobie w rzeczywistości, od porannej kawy i
śniadania. którego nie jem (bardzo nad tym ubolewam, ale
straciłam nawet ochotę na śniadanka z otrębami), do wieczornej
herbaty i tej chwili przed zaśnięciem, której nie
wypełniają już piętrowe dywagacje ani roztrzęsione
przemyśliwania. Doceniłam coś, co chyba zawsze jednak miałam. Nie
podejrzewałam się o to nigdy, bo byłam bardzo zajęta załamaniem
nerwowym albo euforyczną radością, albo nerwacją do szpiku kości.
Więc to właśnie straciłam.

Jakąś taką ochotę na życie.
Przyjemność czerpaną z życia, jakie jest. Autotrofizm własnych
emocji. Brzmi to bardziej niż zabawnie, ale dokładnie tak jest.

Zawsze traktowałam życie jak książkę.
Czasami nudną, czasami smutną, czasami pasjonującą, a kiedy
indziej wesołą jak rozchichotany jeżozwierz. Ale to ja byłam
narratorem i styl tego wielotomowego powieścidła był zawsze
interesujący.

A teraz nie mam ochoty na czytanie.
Dzięki różnym cierpliwym bóstwom, na oddanie do
biblioteki też.

Poza tym się trzymam. Bardzo mocno się
trzymam.

Klasy maturalne w mojej szkole ogarnęła
zaawansowana wariacja z przerzutami na punkcie studniówki.
Solarium, rozmieszczenie miejsc przy stołach, polonez i paląca
kwestia pończoch samonośnych, podwiązek i biustonoszy bez
ramiączek przysłoniły drogim maturzystkom cały świat, nawet ten
majowy. Co tu się oszukiwać, mną też kieruje atawizm i pragnę
sukienki, butów na obcasie, wyglądania pięknie. Ale nie będę
w tym celu piec się w ultrafilecie, na wszystkich miłościwych
bożków…

Nie mam już 18 lat. Szkoda, to był
piękny wiek. Rok 2008 już wspominam z rozżewnieniem. Było…
bardzo intensywnie. Oblałam egzamin na prawko, odniosłam
rachityczne sukcesy, znowu oblałam egzamin na prawko, spędziłam 3
tygodnie w Załęczu (i przeżyłam!), w końcu zdałam egzamin na
prawko, zakochałam się intensywnie i w całej rozciągłości,
nauczyłam się nawet jeździć samochodem… Tak, było
interesująco.

W tym jakże optymistycznym i moim ulubionym cytacie z
Wertera zawiera się wszystko co mam do powiedzenia. A także tragizm matury z
niemieckiego.
Bo to jest ten moment, kiedy identyfikuję się z Werterem bardziej. Bo w ogóle,
czytając to dzieło, które z racji bycia hitem sprzed dwóch stuleci i lekturą z
podstawy programowej powinno być nudne i nieżyciowe, odkrywałam coraz bardziej
i z coraz większym zakłopotaniem, że, no cóż, jestem Werterem. Tylko się w
nikim nie kocham romantycznie i tragicznie, ani nawet nie udaję, że tak jest.
Więc jestem Werterem, tylko bardziej. Lekcje polskiego (tak, lekcje polskiego)
na których czytaliśmy wiersze wszystkich tych romantycznych idiotów, do których
twórczości nawet bym się nie zbliżyła z innego powodu (nie znoszę romantycznych
idiotów) zrobiły mi krzywdę i tak już mi zostało. 

Właśnie mi się przypomniało, że nie lubię wosu. A zwłaszcza nie lubię Unii,
imperalistycznej, kapitalistycznej, komunistycznej, syjonistycznej,
biurokratycznej. A, gejowskiej jeszcze. Także czarno widzę moją przyszłość i
marnie się czuję. Ale nie – marnie – słabo, tylko marnie – marna, tłusta i
głupia. Tudzież leniwa i nie mam na nic siły. A tego wosu to chyba jednak
naprawdę nie lubię. 

 

Nie mam zdania na wiele tematów. W gruncie rzeczy, na żaden
temat nie mam zdania. Nic nie jest proste. Większość dylematów o wadze większej
niż ‘płatki jęczmienne czy owsiane hmmmmm’ wymaga dookreślenia i zajęcia
stanowiska. I relatywistycznie, wszystko jest idiotyzmem z odpowiedniego punktu
widzenia, wszystko jest błędne i ktoś prędzej czy później dowiedzie, że to
wcale nie tak, zupełnie odwrotnie i do tego w poprzek. Boję się już wyrażać mój
pogląd na jakikolwiek temat, bo przyzwyczaiłam się już, że jest on z gruntu
głupi i pozbawiony wszelkich racji. A nawet jeśli nie jest, to większość tak
sądzi. Ostatnio (tak, tak, Granica) zaczęłam rozkminiać, że, naprawdę,
morfologia rzeczy i ich metaforyczna warstwa zrogowaciałego naskórka jest
często tym, co jest w rzeczy samej.

 

Nie mam zdania na to co się ostatnimi czasy (hmmm 10 lat?
2000?) dzieje. A wiem mniej więcej, co, bo ostatnio na Newsweeka wydaję więcej niż
na Cosmo, a serwisy informacyjne odwiedzam częściej niż Pudelka (wyobraźcie
sobie). Zapewnie nie jestem osamotniona w ogólnym poczuciu zniechęcenia do tego
wszystkiego. I do tego wszystkiego jeszcze kryzys gospodarczy, o matko. Co
teraz będzie, cyberpunk na żywo.   

 

Poza tym wiem, że ten wiersz jest marny ale to był tylko
przerywnik. Marne wiersze też mają swoją rację bytu. Marne wiersze muszą
istnieć w uniwersum quasiliteratury, by statystyce stało się zadość. Nie ma
siły, grafomani muszą, ale to są w najwyższym stopniu zobligowani, tworzyć
wiersze pełne zagmatwanych metafor, żywotów, dotyków, tchnień, westchnień i
częstochowskich rymów. Albo dla odmiany białe, niezrozumiałe bardziej niż
mandaryński dialekt. Chwalić je sobie nawzajem i bywać ekspertami od poetyki i
wzniosłości, nosić w sobie to naiwne przeświadczenie o głębokich zrozumieniu
natury rzeczy i wyższym stanie ducha. No muszą i koniec. Żeby na odpowiednio
olbrzymią liczbę marnych strofek bez znaczenia powstało parę porządnych wersów.
Żeby w nich każda sylaba była na swoim miejscu a rytm współgrał z sensem.
Statystyka.    

 

A wy cierpicie za miliony.   

 

Masakra

7 komentarzy

Klasa maturalna to taki
specyficzny stan umysłu, który trwa od września trzeciej klasy liceum do
skutku. Może się wydawać, że jego istota tkwi w poddenerwowaniu ogólnym:
napięciu, które rośnie nieliniowo do maja, osiąga maksimum lokalne, potem spada
a następnie w zależności od osobnika trwa na takim poziomie, rośnie bądź maleje
aż do przyjęcia na studia albo mniej optymistycznego rozwiązania sytuacji. Otóż
nie. Nie jest najważniejsze w tym również to, że wreszcie możesz spokojnie
odpuścić sobie przygotowania do lekcji, które zawsze budziły największą grozę;
już nie śnią Ci się po nocach biwalenty, eukarioty, metafazy i inne straszne
rzeczy, już nie zasypiasz podczas wkuwania dat bitew i kampanii.

 

To już bardziej kwestia tego, że
musisz Podejmować Decyzje. Poważne Decyzje. Nikt nie omieszka dodać, że rzutują
one na całe życie i tak dalej. I musisz podjąć je SAM.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jesteś sam. Masz tylko
wiedzę i umiejętności i musisz nimi stoczyć nierówną walkę z Goliatem, sorry,
maturą. Sęk w tym, że w tym momencie bardziej niż wcześniej i bardziej niż
później możesz polegać tylko na sobie. Pewne znaczenie mają tu, oczywiście,
umiejętności nauczycieli, kasa wydana na korki, to co ci ciocia/Asia/Maciek
wytłumaczy, ale tak naprawdę to tylko od ciebie zależy, ile z tego przyswoisz.
Kwestią marginalną jest to, od kogo pożyczysz notatki. Brak obecności na
lekcjach nie jest rzeczą nie do przeskoczenia.

 

            I w ogóle
jest dziwnie i inaczej i każdy idzie w swoją stronę. Nie ma co się oszukiwać,
oglądamy się za innymi. Presja społeczna jest zjawiskiem o ogromnym znaczeniu.
Vide: ile osób w mojej klasie zdaje fizykę. Kiedy jesteś niezdecydowany,
podążanie za tłumem jest najbardziej oczywistym wyjściem. No ale mnie jakoś nie
jara.

 

            W każdym
razie i ogólnie tudzież reasumując: masakra. Nie wiem jak wy ale ja czuję się
przytłoczona. Ach, chciałam jeszcze zaznaczyć, że kwestią tej całej masakry nie
jest bynajmniej to, że nauki jest aż tak dużo. Uprzedzam komentarze pt.: na
studiach/w pracy/na emeryturze jest dwa/sto/milijon razy gorzej. Tylko tak no.
Następuje przełom.

 

Ostatnio sporo czasu spędzam z
różnymi dziwnymi książkami o tematyce socjologicznej i w ogóle, tragicznej. I
nic nie będę z tego miała bo jestem głupia i mam zaległości no ale trudno.
Pozory ważna rzecz.

To bodajże Ania Shirley stwierdziła, że to wprost cudowne,
że życie mija dzień po dniu, a nie w jednym ciągu. Każdy dzień jest nowym
początkiem. Codziennie (o dość odległej i egzotycznej porze) ze wschodu
przybywa nowa nadzieja, ach, wraz z jutrzenką i frontem kontynentalnym. I można
zacząć wszystko od początku. Kalorie liczą się od nowa (pierwsze, fundamentalne
prawo odchudzania), i nie ma znaczenia, że ostatnie 2 miesiące to był jeden z
najgorszych okresów nastoletniego życia. Nie. Rano wszystko będzie inaczej. Jeśli
tylko zaczniesz dobrze dzień, będzie dokładnie taki, jaki chcesz. A jeśli jeden
dzień się uda i bardzo się postarasz, i wytrzymasz jeszcze 2 dni, to
przekroczysz magiczną barierę 3 dni i wszystko już zawsze będzie dobrze. Wtedy
nastąpi czwarty dzień reszty Twojego życia. Nowego, poukładanego porządnie. Z
kawą z odtłuszczonym mlekiem i zieloną herbatą, regularnymi porami posiłków.
Książki będą poukładane tematycznie, notatki równo ułożone. Komórka nie będzie
co chwile wyświetlać komunikatu o tym, że przekroczyłaś 95% pojemności skrzynki.
Będziesz miła i zorganizowana, i będziesz dokładnie wiedzieć, w której torebce
jest legitymacja. Półki nie będą nigdy zakurzone. Przestaną łamać się paznokcie
i będziesz używać ładnie pachnących kosmetyków nie tylko wtedy, kiedy Ci się
przypomni. I wszystko będzie dobrze. Wszystko już zawsze będzie dobrze.

 

Niedoskonałe dzisiaj odejdzie w zapomnienie. Nie będzie mieć
żadnego znaczenia. Rany się zabliźnią a blizny znikną. W dzisiaj, które
oddzielisz grubą kreską, zostawisz wszystkie złe nawyki, wredny charakter i niezdrowy
pociąg do monosacharydów. Nie będziesz wracać do tego pamięcią. Jeśli będziesz
bardzo dobra w prowadzeniu nowego, udanego życia i bardzo się skupisz, dzisiejsze
dzisiaj zniknie zupełnie, zamienione przez alternatywne jutrzejsze wczoraj.
Które będzie kontynuacją ideału w przeszłość. W ten prosty i nieskomplikowany
sposób zmienisz wszystko, zmienisz siebie i już zawsze będziesz szczęśliwa,
spełniona, zdrowa, kompletna, kompatybilna, mobilna i silna. Przyszłość będzie
jasna i oczywista, nie będzie wątpliwości. Przyszłość będzie nieskończonym
jutrem. Bo jutro wszystko jest możliwe.

 

 

No i to będzie jutro. Dzisiaj wszystko było nie tak, ale nie
ma to przecież żadnego znaczenia, prawda?

 

 

 

 

 

 

 

To była notka ze specjalną dedykacją dla odbiorcy specjalnej
dedykacji, buziaczki.  

-ko-cham-cię-

ko brzmi jak ziarenko pieprzu. Uśmiech, śmiech, żart, którego nikt inny
nie rozumie. Miękkie ch opada łagodnie ku układającemu się w pocałunek cię.

Jedynym zaimkiem osobowym, który słychać, jest cię. Ciebie. Z wielkiej
litery, z okrągłym, przyjemnym C na początku, kończące się nosowym,
delikatnym, cichnącym ę.

Ale zdanie ma podmiot. Domyślnie podmiotem jestem ja, a Ty występujesz tu w
dopełnieniu, na drugim końcu relacji. Pomiędzy nami sześcioliterowy czasownik w
czasie teraźniejszym i pierwszej osobie. Czas jest teraźniejszy, a tak naprawdę
Δt = moment, sekunda i chwila, t=teraz i w tej chwili. Nie ma tu żadnej
deklaracji na przyszłość. Ekspresja uczuć w danym momencie nie dłuższym niż niezbyt
długie westchnienie. Nie można na tym polegać, to organiczne jak hemoglobina i
zmienne jak poziom cukru we krwi. Kocham cię teraz, ale co będzie za pół
godziny? Będę cię kochać? Jak często postaci liryczne wypowiadają takie zdanie?
Google mówi:  3,300,000 for „kocham
cię”
; 21,900 for „będę cię kochać”.
3 300 000 > 21 900. W różnicę wpisane są zawody miłosne, łzy,
czekolada, alimenty i samotność.

 

Osobiście pragnę wierzyć, że ta fraza ma  w sobie coś z zaklęcia. Słowa mają swoją moc.
Tak jak czek bez pokrycia jest świstkiem papieru, tak słowo na k bez odpowiedniego kapitału uczuć jest
tylko banałem, okrągłym i pustym. Wytartym frazesem, białymi literami na
czerwonym serduszku wyhaftowanym na brzuszku bezpańskiej maskotki made in
china. Znaczenia nie nadaje mu edycja w HTML-u, nie jest bardziej prawdziwe,
kiedy je podkreślimy albo napiszemy kursywą. Kwestia koloru czcionki również
jest marginalna. Można powtarzać to w mowie i piśmie do upojenia i problemów
żołądkowych, w towarzystwie misiaczków i słońc i tak dalej, i nic nie będzie
znaczyć. Poprawi na chwilę samopoczucie i zasieje ziarno wątpliwości, które
wzejdzie, jeśli gleba nie jest nawożona zaangażowaniem i pracą.

 

A co jeśli zaklęcie działa tylko pewną ilość razy? A potem
się zużywa i to już tylko ajlowju pluszowego misia pandy? I skąd wiedzieć, czy
zadziała, chwila jest odpowiednia i czy w ogóle powinno się. Może czasami
lepiej zostawić coś w domyśle i niedomówieniu. Prawdopodobnie słowa są najmniej
ważne. To tylko derywaty od samopoczucia i popędu, którymi się nawzajem
częstujemy. Stoją na pierwszym miejscu dopóki w grę nie zaczyna wchodzić
kwestia pieluch i rachunków. Potem spółki często spotyka to co w tym roku
Lehman Brothers; instrumenty pochodne w które zainwestowaliśmy cały kapitał
okazują się bezwartościowe i pozostaje jedynie ogłosić bankructwo. No cóż, dopóki
rzeczywistość nie domaga się zwrotu kredytu, rzucamy na siebie nawzajem uroki i
bywa zupełnie przyjemnie.  

 

 

To było zawiłe wyjaśnienie, dlaczego jestem okropna.   

   Wszystko się zmienia, a nawet płynie. Chociaż czasami jak krew z nosa.

Już się nie boję, teraz się denerwuję. Od kilku dni nie opuszcza mnie permanentny stan intensywnego podkurwienia i to nie jest PMS (to nie są ćwiczenia!). Jestem tego w pełni świadoma i staram się minimalizować starty w ludziach, ale jest ciężko. Przede wszystkim mam złudzenie, że nagle zaczęłam wszystko widzieć clearly i ten widok wcale mi się nie podoba.
Wnioski są niewesołe. Przede wszystkim ludzie są tak okropnie irytujący. Wytrzymanie z jednym wymaga ogromnego nakładu sił, a cóż dopiero koegzystencja z tymi wszytskimi, których spotykamy w szkole i na przystanku autobusowym. Każdy ma tak okropnie mnóstwo drobnych wad i słabostek. Utrzymywanie jakichkolwiek związków międzyludzkich to jak orka na asfaltowym polu, wymaga nie dość że nakładów emocjonalnych, to jeszcze finansowych (minuty do telefonu, haracz dla TPSA). Po prostu jestem chyba typem aspołecznym a bardzo tego nie chcę. Życie to walka.

Wielka, groźna i zębata maszyna biurokratyczna zmusiła do złożenia deklaracji maturalnych. Mam wątpliwości jeszcze większe niż zasoby energetyczne w tkance tłuszczowej (znaczy, ogromne). Już chcę ją panicznie zmienić, ale nie wiem na co (teraz wszyscy robią synchroniczne, pełne politowania headdesk). No i w ogóle wyniki przed-przed-przedpróbnych maturek uświadamiają, że z czym do ludzi… wykopię sobie głeboki dołek… z kołderką, termosem…

To co mnie w ludziach uwiera to także głupota. Zarozumiałość. I wszechobecne chamstwo. Geez. Także nie dziwota, że w takim śmiesznym teście na predyspozycje zawodowe najmniej punktów miałam w punkcie ‚zdolności społeczne’. Poza tym test nic mi nie wyjaśnił, tylko uświadomił, że się do niczego w sumie nie nadaję (kocham takie testy). 

Myślę, że jutro napiszę coś pozytywnego.           

Boję się II

4 komentarzy

Boję się. Od kilku tygodni nie robię nic innego, tylko się boję. Coraz bardziej i coraz rozpaczliwiej.

Budzę się i przez półprzymknięte powieki lęk wdziera się do zaspanych jeszcze myśli. Trzeba wstać. Dzień będzie tak samo męczący i bezsensowny jak wszystkie, ale trzeba. Nie mam siły się śpieszyć, od rana jestem spóźniona. I potem przez cały dzień wydarzenia wyprzedzają mnie o czas reakcji.

Tak jak wszyscy boję się nieznanego- a przecież przyszłość jest jedną wielką niewiadomą. Brak świadomości siebie blokuje wszystkie inne emocje. Nie wiem, nic nie wiem, nie mam pojęcia co zrobić, żeby nie spierdolić wszystkiego w moim życiu. Łapię się różnych idei i pomysłow, i wszytskie eliminuję po kilku dniach. Bo to bo siamto. Wszystkie siły witalne kumulują się w strumieniu lęku i poczucia bezsensu. Dalej stoję przed niepowtarzalną
możliwością koncertowego zepsucia wszystkiego co się da. Myślę, że będzie to jedyne, co uda mi się osiągnąć.

Strach występuje we wszystkich odmianach. Od codziennych, drobnych obaw. Ośmieszenia, ludzi, spojrzeń i myśli, kartkówki z bilogii i odbicia w lustrze. Po te egzystencjalne, które czyhają pod cienką warstewką świadomości. Przyprawiają o ból w piersi i odbierają ochotę na oddychanie.

Lekarstwem na strach jest jedzenie. Tyję i wyglądam coraz gorzej. Po raz pierwszy w życiu mnie to nie obchodzi. Oglądam sobie tylko w lustrze coraz bardziej spuchniętą twarz z fioletowozielonymi obwódkami wokół oczu (niech będzie, że szarych).

I przede wszsytkim boję się, że jestem po prostu niewydarzonym, nic niewartym leniem.

Marzną mi nogi i schną włosy. Zimno. Rozdrapuję sobie blizny na dłoniach i odbijam się od dna kubka z herbatą. Herbata zdążyła wystygnąc, ale nie należy marnować darów bożych, prawda, do tego kraju i tak dalej, tęskno mi, panie, i tak dalej (jutro klasówka z romantyzmu).

Nie mogę przestać denerwować się dzisiejszą historią, którą, mówiąc kolokwialnie, zjebałam. Wnerw szkolny przeszedł płynnie w wnerw wewnętrzny, który mi się teraz w środku ćmi jak płomyczek gazu pod garnkiem bigosu. Od środka roztraja, nie daje się rozbić na drżenie rąk, spazmatyczne westchnienia i skraj wybuchu płaczu. Nie pozwala podziać się myślom. Nie daje się stłumić żadną ilością jedzenia.
Co już nie jest normalne. Dzisiaj poświęciłam się bohatersko i zamiast poprzestać na zjedzeniu własnych smutków, niestrudzenie, wytrwale, z pełną determinacją dążyłam do skonsumowania wszystkich smutków tego świata. Mógłby to ktoś docenić. Na świecie jest teraz o wiele mniej smutków i o wiele więcej Meg. Wszyscy wolą Meg od depresji. Tak mi się wydaje.

Ostatnio okropnie się zestarzałam. Ale tym razem naprawdę! Już nie lubię bajek na cartoon networks. Słodycze przestały mi smakować (well, ogólnie wszystko przestało mi smakować, na tym etapie jest dla mnie ważna już tylko zawartość tłuszczów i węglowodanów. I ilość), nawet czekolada. Kawa jest bardziej gorzka i świat wygląda zupelnie inaczej. Usmiecham się, kiedy wcale nie mam ochoty. Wcale nie podoba mi się to wszystko.

W sobotę mam egzamin, którego nie zdam. Trzymajcie kciuki! Może uda mi się nie zdać w widowiskowym stylu?

Odkryłam, że znowu potrzebuję tego bloga. Intensywnie i terapeutycznie.
Tak, znowu mam mnóstwo nauki na jutro i znowu nic mi się nie chce. Tyle, że przeszłam w wyższy stan niechcenia. Paradepresyjną ochotę na wturlanie sie pod kołderkę, odgrodzenie warstwą wełny od Złego Zewnętrza i udawanie, że mnie nie ma. Wcale a wcale mnie nie ma.

W związku z tym, że zjadłam już 3 kolacje i chwilowo nie mam ochoty na czwartą, to w temacie folgowania zachciankom pozostaje mi tylko utopienie się w ogroooomnym kubku pu-erh. (Aniu, maj dir, fenk ju :*) Pu-erh, wbrew obiegowym opiniom, jest bardzo smaczna i kojarzy mi się z czasami, gdy nie miałam potrzeby spożywania do niej paczki płatków owsianych. (Zresztą, i tak się skończyły)

Jeśli chodzi o naukę historii to właśnie jestem na etapie coraz intensywniejszego oglądania obrazków. Pomacałam już zeszyt na wszystkie strony, przekartkowałam podręcznik i ’3 Muszkieterów’ (realia epoki, rozumiecie). Nie wiem, jeszcze ze dwie kawy i skończą mi się wymówki. Na szczęście dzisiejsza noc jest naprawdę długa. Jutro Biedni Maturzyści do 11. piszą próbne matury. Osobiście uważam, że im się należy :>

Na kursie (NIE korkach) zmienili nam native’a. Nowy nie jest narwanym Irlandczykiem, nie wygląda, jakby był ścigany międzynarodowym listem gończym i zdaje się, że naprawdę chce nas czegoś nauczyć. Increadible. Poza tym jest śmiesznie, bo uczy się polskiego. Nie mogę zrozumieć, po co zgłębiać 14 rodzajów koniugacji, skoro już się zna język, którym mówią wszyscy na świecie z wyjątkiem Chińczyków i tych słabiej mniej wykształconych Aborygenów. Widocznie Jestem zbyt leniwa.

Postanowiłam zostać czru i zainstalowałam sobie linucha. Jestem z siebie bardzo dumna. Jak jeszcze uda mi się zainstalowac javę, życie w ogóle będzie piękne.

To jest ten moment, w którym kończą mi się wymówki.


  • RSS